Skontaktuj sie z nami: 22 870 05 21

Obserwuj nas:  

Moja walka z rakiem

10. stycznia 2002r.

Jestem po operacji laparotomia explorativa i nie wiem, o co tak naprawdę chodzi. Na dodatek jestem jeszcze oszołomiona, bo to wszystko tak szybko się potoczyło. Najpierw bóle brzucha i narastanie jego obwodu, potem wykrycie torbieli w badaniu USG i stwierdzenie znacznej ilości płynu w jamie otrzewnowej, który można usunąć tylko chirurgicznie.

Szybkie przybycie do szpitala i Sylwester na białej sali. Teraz czekam na wiadomości o tym, co mi zrobiono w brzuchu. I to wszystko dzieje się w niespełna cztery tygodnie…. Lekarz operujący bierze mnie na rozmowę. Oznajmia, że to, co widział nie było zwykłą torbielą i bardzo źle wyglądało. Informuje mnie też o dalszym leczeniu chemioterapią, że wypadną mi włosy itp. Wiem, co to oznacza, jednak nie dociera to do mojej świadomości. Tak naprawdę nie wiem nic bliżej na ten temat. Mąż Robert udziela mi zdawkowych informacji, choć z każdym dniem wiem od niego coraz więcej na temat guza w brzuchu. Zresztą męczę się z uwierającym drenem odprowadzającym płyn z otrzewnej.

Ostatecznie dowiaduję się, że podczas operacji nic nie usunięto, pobrano tylko materiał do badania histopatologicznego. Markery nowotworowe są bardzo podwyższone. Schudłam parę kilo. Może to i dobrze, bo ostatnio czułam się trochę ociężała.

16. stycznia 2002r.

Szpital Onkologiczny w Szczecinie. Termin pierwszej chemii. Obraz szpitala i ludzi tam przebywających jest przerażający. Wizyta w gabinecie lekarskim przyprawia mnie o płacz. Brutalnie dowiaduję się, że mam raka jajnika i czeka mnie straszne, długie leczenie. Potem humor poprawia mi się i śmieję się prawie ze wszystkiego na korytarzu. Pomógł mi w tym wypalony papieros, choć w obliczu choroby postanowiłam zrezygnować z tego nałogu. Nie jestem jednak sama. Jest przy mnie Robert. Widzę zdziwione spojrzenie prowadzącej doktor na moje reakcje. Uczę się przyjmować kroplówki, próbuję się przyzwyczaić do nowego stanu rzeczy. Zastanawiam się, jak będę się czuć po pierwszej chemii. Wraz z mężem zbyt mało wiemy o samej chorobie i leczeniu.

20. marca 2002r.

Znowu czas na chemię. Tym razem rozczarowanie – markery rosną! Tak naprawdę nie wiem, co to znaczy?! Widzę pacjentkę na korytarzu, której lekarz oznajmia, że markery spadły. Jej radość jest nieopisana. Doktor zmienia lek z Taxolu na Vepesid. Dwa miesiące na marne! I po co to moje złe samopoczucie i wymioty? W międzyczasie straciłam też sporo włosów, ale na szczęście jest peruka. Leczenie zaczyna się od nowa. Rodzina załamuje trochę ręce, że leczenie nie skutkuje. Tak naprawdę wiarę w powodzenie ofiarowuje mi mój mąż, który pewnie do końca też w to nie wierzy, ale cały czas w trudnych chwilach jest ze mną. Doktor prowadząca rozmawia z Robertem, nie jest pewna naszego zrozumienia dla całej choroby i ma nawet zamiar rozmawiać z naszymi rodzicami na ten temat… Mąż uświadamia Jej, że nie jest tak, jak myśli.

7. maja 2002r.

Pierwsza dobra wiadomość! Markery spadają!!! Po dwóch cyklach nowego schematu leczenia. Może wreszcie nastąpił jakiś przełom? Cieszę się niezmiernie! Czyżby zbliżał się koniec mojej męki? Jak dobrze by było! Jestem też w tej chwili już zupełnie łysa. Każda kolejny termin chemii przychodzi ciężko. Jedynym pocieszeniem jest to, że to okropne samopoczucie trwa zwykle kilka dni, a potem z każdym dniem zaczynam normalnie funkcjonować. Od czasu do czasu spełniam się też zawodowo. Przez te cztery miesiące dzięki mężowi zaczęłam korzystać z metod niekonwencjonalnych, to czego raczej na pewno nie zaproponuje mi lekarz. Systematycznie piję świeżo przygotowany sok z marchwi i buraka czerwonego, zażywam w tabletkach antyoksydanty, biopierwiastki, alkiloglicerole. Piję hubę brzozową i miąższ z aloesu. Wcześniej były też zioła. Byłam u kilku bioenergoterapeutów. Wierzę wraz z Robertem, że to też może mi pomóc. Powoli zaczynam nie lubić swojego brzucha.

18. czerwca 2002r.

Byłam w Warszawie na konsultacji w Centrum Onkologii. Ostatnim razem, kiedy badałam poziom markerów okazało się, że ponownie znacznie spadły. Wcześniej zlecono badanie tomografem komputerowym, które mówiło o zaawansowanym procesie rozrostowym guza. Lekarze poszukiwali szansy w dokonaniu operacji cytoredukcji masy guza i dlatego tam byłam. W Centrum Onkologii nie widzą możliwości operacji i zalecają dalej podawanie Vepesidu. Ot, i cała konsultacja. Jestem zawiedziona, że nikt nie może, albo nie chce mnie operować, że jedynym ratunkiem dla mnie jest chemia. Czy ona pomoże? Zaczynam w to nie wierzyć. Wiadomości te nie cieszą nikogo. Nawet doktor prowadząca jest zawiedziona taką decyzją. Informuje mojego męża, że gdyby mieli dokonać radykalnej operacji musieliby mi uszkodzić odbyt i pęcherz moczowy. Nie chcę być okaleczona!!! Kontynuuję więc chemioterapię Vepesidem. Doktor uprzedza jednak, że teraz markery mogą wzrosnąć.

2. lipca 2003r.

I znowu rozczarowanie…Po kolejnej chemii, pod koniec czerwca markery znacznie rosną. Lekarze w Szpitalu Onkologicznym w Szczecinie zaczynają być bezradni. Wraz z mężem prosimy o konsultację w Klinice Ginekologii Onkologicznej Pomorskiej Akademii Medycznej (PAM) w Szczecinie. Czekam na ten moment….

Byłam dzisiaj w Szczecinie u pewnej kobiety, której metody pomocy chorym na nowotwory zaliczają się do niekonwencjonalnych. To, co tam przeżyłam i czego doświadczyłam jest czymś nieopisanym. Ta kobieta wyzwoliła we mnie dodatkowe siły. Sprawiła, że moja i tak ogólnie dobra psychika stała się jeszcze bardziej silniejsza. Mój wcześniej napięty brzuch z powodu guza stał się luźniejszy. Czuję się dużo lżej. Ta terapia jest czymś w rodzaju operacji fantomowej i zawiera jakieś elementy wizualizacji, a odbywa się to w pełnej mojej świadomości. Wszystko trwa około dwóch godzin. Nazwałam umownie tą kobietę „Czarownicą”. Ona powiedziała mi, że jestem silną osobą i twardo stąpającą po ziemi, a z rakiem żyję jak z przeziębieniem. Może faktycznie w tym coś jest.

Stwierdziła, że może mi pomóc, lecz nie wie ile razy będę musiała do niej przyjść. Nigdy w życiu nic tak niewiarygodnego mi się nie przytrafiło. Mogę to określić, jak coś nie z tego świata. Nie jest wcale tak łatwo o tym mówić, a już na pewno trudno to opisać. W każdym razie czuję się cudownie, a mój dobry nastrój udziela się wszystkim dookoła.

18. lipca 2002r.

Byłam kilka dni w szpitalu PAM. Początkowo lekarze chcieli wrócić do leczenia Taxolem. Jednak na komisji onkologicznej pojawił się chirurg, który chce podjąć się operacji. Nareszcie ktoś odważny! Wyznaczają mi termin operacji na 23. lipca 2002r. Boję się troc

hę, ale chyba nie mam innego wyboru. Dręczą tylko wątpliwości, że rozetną znów mój brzuch i nic nie zrobią. Odpocznę teraz kilka dni w domu razem z córką Emilką, która bardzo przeżywa moje częste pobyty w szpitalach. Ona ma tylko 6 lat. Spróbuję dać Jej mnie tyle, żeby wystarczyło na ten długi czas pobytu na oddziale chirurgii. (Ciągle czuję bardzo dobry wpływ po wizycie u „Czarownicy”).

31. lipca 2002r.

Jakie było moje nieopisane szczęście, kiedy obudziłam się po operacji, a przy mnie stał Robert! Przekazał mi najpiękniejszą wiadomość na świecie, że guza wycięto w całości, usunięto wszystkie widoczne zmiany w brzuchu. Cieszyłam się wtedy ogromnie, ale musiałam o to zapytać jeszcze lekarza operującego. Przyniosło mi to pełną satysfakcję i ulgę. Dotykałam brzuch, który był płaski i byłam bardzo szczęśliwa. Nareszcie brzuszek jest cudowny, gładki i w ogóle super! Moi rodzice nie dowierzali temu wszystkiemu i nawet wybrali się do chirurga, który mnie operował. Dopiero On ich uspokoił, chociaż miał podejrzenie przerzutu raka na wątrobę. Nie potwierdziło się to na szczęście w badaniu histopatologicznym. Po operacji było ciężko, długo nie mogłam jeść, gdyż miałam zespalane jelito grube i żywiono mnie pozajelitowo. Kochany chirurg musiał się nieźle nade mną nagimnastykować… Na całe moje szczęście nie mam stomii, (sztuczny odbyt) ani innych obcych akcesoriów. Jeśli dobrze pójdzie, jutro nareszcie wychodzę do domu! Znowu jestem lżejsza, bo ubyło następnych kilka kilogramów.

29. sierpnia 2002r.

Doszłam już do siebie po operacji. Na kolejnej komisji zdecydowano o chemioterapii drugiego rzutu. Dzisiaj czeka mnie pierwsza chemioterapia po zabiegu w szpitalu PAM. Jakiś schemat PAC (tzw. czerwona chemia). Niewiele mi to mówi, ale wiem, że mój pobyt w szpitalu będzie tylko kilkugodzinny, a nie dłuższy, jak to bywało wcześniej kilkudniowy. To daje mi większą siłę do pobierania chemii dożylnie. Wspomnienia nie są najlepsze, a wręcz przeciwnie, nudności, wymioty, złe samopoczucie, brak włosów… To wszystko negatywnie wpływa na moją psychikę, kiedy przychodzi kolejny termin chemii. Tylko pomyślę, że coś zaczyna lecieć do żyły, już szukam toalety. To jest straszne! Cały czas liczę na to, że po tak radykalnym zabiegu nowy schemat chemioterapii przyniesie konkretny rezultat i wreszcie będę miała spokój z onkologią. Robert rozumie moje huśtawki nastrojów, pomaga mi, jak tylko umie, wspiera na każdym kroku i pociesza. Dodaje otuchy, że jednak dam radę.

27. września 2002r.

Markery pierwszy raz jest w normie!!! Nareszcie dzieje się coś dobrego w tym nieszczęściu. Choć czuję się najgorzej ze wszystkich dotychczas podawanych chemii, jest chociaż jakiś pozytywny rezultat, no i włosy zaczęły odrastać. Wszyscy cieszymy się i w podświadomości mamy wizję szybkiego zakończenia udręki z rakiem. Cykle chemioterapii są teraz co cztery tygodnie, a więc mam dłuższy czas na dojście do siebie.

17. października 2002r.

Byłam dziś w Sopocie. Wszystko dlatego, że kiedy Robert w Internecie na stronie „Onkolink” opisał moją chorobę to znaleźli się wspaniali ludzie, którzy napisali nam o Profesorze z Trójmiasta. Z tych informacji wynikało, że szczyci się On dobrymi wynikami leczenia raka jajnika w Polsce. Stosuje chemioterapię dootrzewnową, zamiast tylko tradycyjnej. Jest ona ponoć o wiele skuteczniejsza. Profesor zalecił dokończenie leczenia schematem PAC i kontrolę markerów. Zachęcał do poddania się operacji sprawdzającej w Klinice Ginekologii AM w Gdańsku. To dodaje mnie i Robertowi otuchy, że istnieje jeszcze coś, co można wykorzystać, gdy zawiedzie dotychczasowe leczenie. Robert cały czas poszukiwał przecież czegoś, co byłoby skuteczniejsze w takiej sytuacji. Byłam też niedawno u „Czarownicy”. Doznania były znowu niesamowite. Ona coś w sobie ma, ale jest dziwnym człowiekiem.

19. grudnia 2002r.

Jestem zaniepokojona. Markery wahają się, co prawda niby nieznacznie raz w górę, raz w dół na granicy normy, ale coś chyba się dzieje. Jestem pełna obaw z tym związanych. Zaczynam rozwijać myślenie w kierunku leczenia w Gdańsku, operacji sprawdzającej i ewentualnej chemii dootrzewnowej. Mam już dosyć tej „czerwonej chemii”. Za każdym razem czuję się fatalnie, a nawet coraz gorzej. Praktycznie przez kilka dni jestem w domu jakby nieobecna. Tylko mój mąż próbuje polepszyć mi moje samopoczucie. Jednak on nie jest w stanie wiele zrobić. Najważniejsze, że jest przy mnie. Szkoda tylko mojej córeczki, która bardzo mnie prosi, żebym już wstała z łóżka. Patrzy i przeżywa po swojemu całe moje fatalne samopoczucie. Dlaczego ona musi to wszystko znosić razem ze mną? Moja trzecia wizyty u „Czarownicy” była chyba ostatnia. Sama stwierdziła, że ciężko się jej ze mną współpracuje. Wygląda na to, że mamy bardzo różniące się spojrzenie i podejście na wiele otaczających nas spraw.

16. stycznia 2003r.

Nie mogę sobie ze sobą poradzić. Dzisiaj jest termin ostatniej chemii, a ja nie chcę jej przyjąć! Coś się we mnie zablokowało. Może nie będę już musiała jej brać? Doktor z PAM wraz mężem namawiają mnie, żebym jednak wzięła tę ostatnią chemię, bo może nastąpić przełom w leczeniu, a szkoda byłoby zaprzepaścić dotychczasowe wyniki leczenia. Nie jestem w stanie podjąć takiej decyzji. Jestem zmęczona i muszę odpocząć.

14. lutego 2003r.

Wzięłam tę ostatnią chemię, tydzień później. Czułam się jak zwykle fatalnie. Nie chcę nawet o tym wspominać. Byłam na badaniach USG i tomografu komputerowego jamy brzusznej. Okazało się, że wyniki są bardzo dobre, nic nie wskazuje na tkwiącego we mnie jeszcze raka. Wznowy guza nie stwierdza się. Markery są w normie i to mnie cieszy. Wszystko przemawia za korzystnym wpływem chemii PAC. Włosów mi przybywa, ale nadal są dość krótkie. W gabinecie profesora z Gdańska ustalamy termin operacji sprawdzającej na 20. marca 2003r. Wydaje mi się, że to na dzisiaj jedyna słuszna droga.

31. marca 2003r.

Operacja sprawdzająca wykazała przetrwanie choroby nowotworowej w postaci guzków w obrębie jamy brzusznej. Profesor nie miał wątpliwości takiego stanu rzeczy jeszcze przed wynikiem badania histopatologicznego. Podczas operacji wszczepiono mi dren do podawania chemii dootrzewnowej (do brzucha). Kiedy po raz pierwszy wymacałam go po operacji zdenerwowałam się, że to jeszcze nie koniec. I znowu przestałam lubić mój brzuch, który spłatał mi nowego figla. Zresztą jest potrójnie już cięty i obolały. Pocieszał mnie Robert. Miałam też informacje, że ta metoda leczenia daje większe szanse na powodzenie. W osiem dni po operacji otrzymałam pierwszą chemię. Trwało to jakieś cztery godziny. Okazało się, że markery po operacji były znowu podwyższone. Wróciłam do Szczecina i wiedziałam, że będę musiała jeździć do Gdańska co cztery tygodnie. W Szczecinie nie było to możliwe, ze względu na brak doświadczenia lekarzy w podawaniu takiego rodzaju chemii.

18. kwietnia 2003r.

Markery są w normie i jest to najniższy poziom, jaki miałam od początku choroby. Wszystko zmierza we właściwym kierunku. Nawet po tej chemii czuję się nie najgorzej. Z optymizmem patrzę w przyszłość. Widzę, że cieszą się też ze mną ci, którzy są cały czas przy mnie i mnie wspierają w tych jednak trudnych i ciężkich chwilach. Czuję się dobrze i korzystam z życia jak tylko mogę. Czasem przybiera to intensywną postać i zastawiam się skąd mam tyle siły i energii. To wszystko pozwala mi się wyłączyć i zapomnieć.

19. maj 2003r.

Znowu zaczynam się denerwować. Przede mną trzecia chemia dootrzewnowa, a markery idą minimalnie w górę. Jesteśmy już z Robertem przeczuleni na tym punkcie. Konsultujemy to z Profesorem. On nas uspokaja, że to nic nie znaczy. Markery są jednak w normie i najbardziej pozytywnym objawem jest, że po podaniu już pierwszej chemii są od razu w granicach normy. Trzeba brać dalej chemię. Cały czas wspomagam się różnymi niekonwencjonalnymi sposobami,ale nie wszystko na raz można zażywać. Ciągle wierzę, że to wspomoże mój i tak już przemęczony organizm. Profesor też nie jest temu przeciwny.

22. czerwca 2003r.

Dotychczas czułam się dość dobrze po chemii. Nawet miałam niezły apetyt zaraz po podaniu, co mi się wcześniej nie zdarzało. Jednak po trzeciej zaczęło być gorzej. Ponad tydzień cierpiałam. Miałam gorączkę i bolał mnie brzuch. Nie chciałam iść do lekarza, bo jestem już tym wszystkim zmęczona. Moje dolegliwości jednak mnie zmusiły i po wizycie u swojej doktor prowadzącej w Szczecinie oraz zastosowaniu przepisanych medykamentów wszystko ustąpiło. Markery nieznacznie się podniosły, ale ciągle są w normie. Nie dociekałam już dlaczego. Wiem jednak, że stan zapalny też powoduje nieznaczny wzrost markerów, a tak chyba było u mnie. Włosy się wzmocniły i zgęstniały, a nawet już je podcinałam.

10. lipiec 2003r.

Skończyłam już chemię. Nareszcie!!! Ponownie czułam się obrzydliwie, tyle, że przez trzy tygodnie. Prawie nie wychodziłam z domu. Dokuczało mi wiele rzeczy. Najpierw ponad tygodniowa gorączka i bóle brzucha. Wreszcie trafiłam do szpitala na transfuzję krwi – bardzo niska hemoglobina. Pozostanie w szpitalu przyszło mi bardzo ciężko. Moja córka też to bardzo przeżywała. Po kilku dniach pojawiły się najpierw silne bóle rąk z obrzękami przy nadgarstkach, a potem nóg poniżej kolan. Nie znam ich przyczyny do dzisiaj, ale było to przykre doświadczenie. Na samym końcu tej męczarni pojawił się silny ból brzucha. USG jamy brzusznej było w normie. Wszystko konsultowałam ze swoim lekarzem. Zanosiło się na kolejny pobyt w szpitalu w celu ustalenia przyczyn tych dolegliwości. Na szczęście po krótkotrwałym leczeniu tabletkami, wszystko ustąpiło. Od tygodnia czuję się dobrze i na nic nie narzekam. Moja walka z chorobą trwa już półtora roku. Teraz przede mną operacja sprawdzająca i usunięcie drenu. Czekam z wiarą i nadzieją na szczęśliwy finał. Na razie jednak jadę z rodziną nad morze, aby zapomnieć o wszystkim. Mam nadzieję, że te następne wakacje będą już radosne.

Gosia i Robert Malinowscy

(Wiemy, że Gosia jest już po operacji i że zdaniem lekarzy wszystko jest w porządku. Cieszymy się Gosiu i trzymamy za Ciebie kciuki!!)

Przeczytaj również artykuł na temat chemioterapii więcej

HISTORIA MOJEJ WALKI Z RAKIEM (JAJNIKA) – DALSZY CIĄG

Gosia od siedmiu lat wspaniale walczy z rakiem jajnika. Leczono ją dziesiątkami nowoczesnych metod, w tym autologicznym przeszczepem szpiku!. Jest także chyba najdzielniej i najdłużej walczącą pacjentką z tą podstępną i okrutną chorobą….Mimo wykorzystania prawie wszystkich znanych medycynie metod , Gosia nie pozwala chorobie na nowy atak….. My trzymamy kciuki i wierzymy, że najgorsze już poza nią…
Przeczytaj historię Gosi sprzed kilku lat oraz opowieść o jej niedawnej walce z nowotworem….
(Iwona Bażańska, Fundacja Urszuli Jaworskiej)

31. lipca 2003r.

Pojechałam nad morze, jak planowałam, ale nim tam dotarłam znowu mnie zmroziło. Przed wyjazdem nagle pod pępkiem pojawiło mi się wybrzuszenie wielkości dużej mandarynki – o błyszczącej w tym miejscu skórze i bardzo miękkiej konsystencji. Ręce latały mi jak oszalałe, kiedy widok dotarł do mojej świadomości. Lekarz dyżurny w szpitalu na USG stwierdził, że jest to postęp choroby. Wszystko, co do tej pory się wydarzyło – legło w gruzach, świat rozmywał się pod stopami i brakowało mi już pomysłów na dalszy ciąg mojego życia. Robert tego dnia obdzwonił wszystkie możliwe źródła, z których moglibyśmy usłyszeć jakiekolwiek pocieszenie. Profesor i lekarz z Gdańska przekonywali, że to nie może tak źle wyglądać po właśnie skończonym leczeniu. To nas trochę uspokoiło. Ruszyliśmy do Kołobrzegu czekając na rozwój sytuacji, będąc w pełni gotowi do wyjazdu do Gdańska. Po trzech dniach wybrzuszenie pękło i wylało się mnóstwo ropnej wydzieliny i zrobiła się przetoka, z którą radziłam sobie kupując m.in. plastry chirurgiczne zasklepiające rany. Później dostałam wilczego apetytu i wreszcie mogłam najadać się do syta i czymkolwiek chciałam. Wiem już, że wybrzuszenie pod pępkiem, to był tylko ogromny ropień. Lekarz, który mi w Szczecinie robił USG nieźle mnie nastraszył…
Pojawiłam się w terminie w szpitalu w Gdańsku na operację sprawdzającą i usunięcie cewnika od chemii dootrzewnowej. Pamiętam, jak mnie wybudzono po operacji – „pani Małgosiu, brzuszek był czysty!!!” Nie umiałam się wtedy tym cieszyć – skutek narkozy. Na drugi dzień Robert był zdziwiony, kiedy sama mu to powiedziałam, zanim On zdążył przekazać tę najpiękniejszą na świecie wiadomość. Sam profesor jest dumny z leczenia i sugeruje, że teraz pewnie już mnie wyleczono. Byłoby to tak piękne, że brakuje mi nawet słów. To będzie wiadomo dopiero po badaniu histopatologicznym. Muszę teraz sporo wypoczywać, bo bardzo szybko się męczę.

30. września 2003r.

Tak!!! Po miesiącu oczekiwania na wynik, badanie potwierdziło brak komórek nowotworowych i potwierdzono całkowitą remisję choroby!!! Jakże wszyscy jesteśmy szczęśliwi!!! Z tej okazji zorganizowaliśmy imprezę dla rodziny i wszyscy świętowaliśmy. Byliśmy też w Gdańsku, aby osobiście podziękować Profesorowi za trud włożony w opiekę nade mną i skierowanie mojego leczenia na właściwy tor. Widziałam w oczach Profesora błysk radości z tego sukcesu. Pojawił się tylko jeden drobny mankament. Nie chciała mi się długo goić rana pooperacyjna. Pozostała po niej dość szeroka blizna, ale jakie ma to znaczenie wobec całej sytuacji?! Druga strona medalu to mój markerek – jest najpiękniejszy od początku choroby i stabilny. Moja morfologia jeszcze kuleje, ale i z tym dam sobie radę. Waga idzie lekko w górę i sił coraz więcej. Zaczynam spełniać się zawodowo.

15. grudnia 2003r.

Moje urodziny, a ja znowu jestem wystawiona na ciężką próbę. Robiłam badania kontrolne i niestety marker znacznie wzrósł. Badania obrazowe USG i tomografia nie wskazują nic niepokojącego. Nie wiem czy dobrze robię, ale badanie markera odbywa się w różnych laboratoriach. Nie wiem, w który wynik mam wierzyć, a jego wysokość raz waha się w górę, a raz w dół niewiele powyżej normy. A może jest to efekt aktywnego krzemu, który w październiku zaczęłam stosować, jako profilaktyczną niekonwencjonalną próbę ustrzeżenia się przed nawrotem raka?

20. lutego 2004r.

Minęły święta Bożego Narodzenia w cudownej atmosferze, pełne szampańskiej zabawy i niedawno byłam na Balu Przebierańców (wybrałam postać czarownicy i wygrałam konkurs na najlepszy strój!). To wszystko pozwoliło mi cieszyć się tym, co mam, co mnie otacza. Wreszcie spotykam radość i wraca klimat życia sprzed 2 lat. Gdyby tylko udało się zapomnieć o tej mojej „bombie zegarowej”…
No właśnie, nadal wysokość markera nie daje mi spokoju, chociaż chyba uodporniłam się na jego wahania. Przetłumaczyłam sobie, że u mnie prawdopodobnie taka jest jego natura. Żadne badania obrazowe na nic niepokojącego nie wskazują, jedynie ten podwyższony marker… Uspokoiłby się wreszcie. Kolejne badania w maju. Moja masa ciała jest coraz bardziej przyjazna. Włosy też nabrały wyrazu.

01. czerwca 2004r.

Marker nadal ponad normę, (ale nie wzrasta), badania obrazowe USG i TK w porządku. Chyba już przestałam się denerwować tymi wynikami, bo to i tak nic nie zmienia. Po woli zapominam o wszystkim, co przeszłam. Wizyty w szpitalu i to, czego tam doświadczałam już nie robi na mnie złego wrażenia – prawie wszystko zapomniałam. Pewnie, gdybym zaczęła przypominać sobie szczegóły, istniałoby to we mnie tak żywe, jak jeszcze nie tak dawno. Coraz częściej spotykam się ze złymi wiadomościami, które dochodzą od poznanych osób z tą samą chorobą. Niestety, mało której pacjentce udaje się wyjść z tego obronną ręką. Takie wiadomości niestety nie pomagają w dalszej walce. Na szczęście mam w Gdyni koleżankę, która choruje też na raka jajnika rok krócej ode mnie i też ma remisję choroby. Cieszę się z tego, a także, że mogę być z rodziną, moją córką, która kończy właśnie pierwszą klasę podstawówki. Oby to wszystko trwało jak najdłużej! Robert stracił pracę, ale we dwójkę damy radę.

31. sierpnia 2004r.

Skończyły się wakacje. Robert szybko znalazł nową pracę. Udało mi się w okresie wiosenno-letnim dokonać kilku podróży. Wraz z rodziną i znajomymi byliśmy kilka dni nad jeziorem, potem nad morzem. W lipcu pojechaliśmy popływać jachtem, a kilka dni temu wróciłam z Gdyni od koleżanki. Za każdym razem byłam pełna radości i szczęśliwa, że prawie bezgranicznie mogę korzystać z życia. Pogoda też sprzyjała, wprowadzając znakomity nastrój. To wspaniale, że chociaż raz w miesiącu mogę pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Dalej jestem zdrowa i czuję się świetnie.

15. listopada 2004r.

Jestem znowu po kolejnych badaniach obrazowych i znów czysto, a mój marker chyba nie będzie już w normie. Najważniejsze jednak, żeby sukcesywnie nie wzrastał i żeby nic niepokojącego się nie wydarzyło. Na razie tak jest (oby trwało jak najdłużej!!!). Zdążyłam pobawić się na wielkim weselu na wsi u kuzynki, aż na drugim końcu Polski. Ważę wreszcie tyle samo, ile przed chorobą, zastanawiam się, czy dalej zapuszczać włosy. To wszystko jednak wydaje mi się błahostką wobec wiadomości o nawrocie choroby u Joli z Gdyni. Staram się z Robertem ją wspierać.

16. lutego 2005r.

Święta i impreza sylwestrowa udały się znakomicie. Sami zorganizowaliśmy zabawę w gronie przyjaciół i znajomych. Bawiłam się do rana i jeszcze następnego dnia po południu. Natomiast na kolejnym Balu Przebierańców byłam klaunem. Zajęłam 2. miejsce w konkursie na kostium. Charakteryzację twarzy wykonałam własnoręcznie. Marker znów podskoczył, ale już się tym nie stresuję. Moja doktor prowadząca rozważała laparoskopię sprawdzającą i poddanie mnie radioterapii w celu zapobieżenia ewentualnej wznowie choroby. Raczej nigdy się na to nie zgodzę. Rozważałam konsultację w Gdańsku, ale okazało się, że marker znów lekko spadł, więc wycieczkę zostawiłam na później. Ja nadal czuje się wspaniale.

28. maja 2005r.

Remisja mojej choroby niestety się skończyła i to przed tak ważnym wydarzeniem jak Komunia Św. naszej Emilki. W badaniach obrazowych wyszły podejrzane zmiany na wątrobie i przeponie. Biopsja potwierdziła obecność komórek nowotworowych. Tyle przygotowań, a ja muszę jeszcze w tym czasie konsultować swoją sytuację z lekarzami. W domu na przyjęciu u Emilki była cała rodzina. Starałam się trzymać fason i chyba się udało. Czuję się właściwie dobrze, a tu gdzieś we mnie znowu ten wstrętny gad. Zapada decyzja o operacji i znowu Gdańsk staje na mojej drodze leczenia.

25. września 2005r.

Czerwcowa operacja się udała, usunięto trzy widoczne zmiany w tym wykonano termoresekcję fragmentu wątroby, a wynik histopatologiczny potwierdził powrót raka. Lekarze naciskali na chemioterapię, a ja miałam opory. Marker w lipcu jest bardzo wysoki. Przestaję wierzyć w siłę krzemu, który dotychczas był moim placebo na raka. Dobrze robi mi wyjazd nad jezioro i w końcu zgadzam się na leczenie, bo chyba nie mam innego wyjścia. Jednak potrzebna jest refundacja cytostatyku Gemzar. Procedura trwa zbyt długo, bo chemioterapeuta źle przygotowuje wniosek o refundację. Mija miesiąc, kiedy jest zgoda z NFZ. Szpitalowi kończą się limity na leczenie nowych pacjentów. Muszę przenieść leczenie do szpitala, w którym byłam leczona na początku choroby. Czas mija, a teraz należy się spieszyć. Robert w międzyczasie organizuje konsultację w DCTK we Wrocławiu, który zajmuje się leczeniem raka jajnika za pomocą megachemioterapii i przeszczepu komórek krwiotwórczych. Tamtejszy Profesor proponuje takie leczenie, ale kiedy to nastąpi – nie wiadomo. Wszystko zbyt długo trwa. Moja psychika nie pozwala mi tego wszystkiego ogarnąć. Lekarze na komisji onkologicznej w Szczecinie niekoniecznie popierają tę drogę i decyzję o leczeniu zrzucają na moje barki. Nie pomagają mi. Wyjeżdżam na kilka dni nad morze, by odetchnąć.
Koniec sierpnia pokazuje, że marker wyraźnie spada, ale w USG widać kolejne nowe zmiany, tym razem w okolicach ostatniego cięcia chirurgicznego oraz na wątrobie. Leczenia nadal nie ma, ponieważ trwa ponowna procedura refundacyjna. Mam mętlik w głowie, bo ciężko rozważyć, na co się zdecydować, co będzie lepsze i szybciej nastąpi. Decyduję się na Wrocław i po trepanobiopsji szpiku wiem, że mogę być dawcą sama dla siebie (przeszczep autologiczny). Nie wiem, czy tym razem uda mi się wygrać z rakiem. To wszystko jest bardzo trudne. Nie uśmiecha mi się znów przechodzić przez wszystko od początku. Nie mogę się tylko poddać i czekać nie wiadomo, na co. Zaczynam czynić przygotowania do wyjazdu i tamtejszego leczenia, choć termin prawdopodobnie będzie po nowym roku.

15. grudnia 2005r.

Robert stawał na głowie, aby przyspieszyć rozpoczęcie leczenia. Dzięki pomocy nieznanej nam osobiście Pani Uli już na początku października dokonano chemioterapii mobilizującej szpik do wytworzenia komórek krwiotwórczych i separacji szpiku. Znowu stałam się łysa. Nabyłam nową perukę z długich włosów. W trakcie procedury przygotowującej do zbioru szpiku, udało mi się wyrwać na przepustkę do domu, sprawiając bliskim niesamowitą niespodziankę. Pewnie było to trochę ponad moje siły, ale ważne, że się udało. Znów wróciła do mnie nadzieja na powrót do zdrowia. W szpitalu odwiedzają mnie Iwona i Ania, które znałam do tej pory wirtualnie, a które pomagają mi i Robertowi wytrwać w nowej sytuacji. Megachemioterapię i przeszczep zaplanowano na listopad. W tydzień po powrocie do domu pojawiła się gorączka. Emilce robimy tydzień wcześniej urodziny, bo potem znowu do szpitala. Przeszczep jest odwlekany, a przyczyna utrzymującej się gorączki nieznana. Podają mi mnóstwo leków i odsyłają do domu z antybiotykami. Temperatura stabilizuje się, ale tuż przed kolejnym terminem przeszczepu wraca. Jestem słaba, szybko się męczę, straciłam apetyt i kilka kilogramów na wadze. Wyglądam koszmarnie, nie lubię na siebie patrzeć. Lekarze we Wrocławiu walczą z gorączką, którą doprowadzają do stanu podgorączkowego. Dzisiaj zapadła decyzja o tym, że jutro zaczynam megachemię, a później przeszczep. Nieciekawa perspektywa na święta i Nowy Rok, pierwszy raz spędzone bez bliskich. Mam na szczęście komórkę, laptopa z internetem, więc kontakt ze światem zewnętrznym gwarantowany, bo nikt nie będzie mógł mnie przez ten czas odwiedzać.
Radosnym momentem okazał się otrzymany dziś ze Szczecina prezent z okazji 30-tych urodzin od przyjaciół z mojej dawnej pracy. W drzwiach sali szpitalnej stanął kurier z wielką paczką, a w niej pełno małych butelek coca-coli. Wiedzieli, że nie można tu mieć niedozwolonych rzeczy, a ten napój nie był zabroniony. Stąd ten pomysł, poniekąd oryginalny.

22. grudnia 2005r.

Dzisiaj pierwsza doba mojego nowego życia. 3-dniowa chemia doszczętnie zdegradowała mój organizm, nie miałam siły nawet na rozmowę telefoniczną z Robertem. Brak poczucia rzeczywistości, brak orientacji w porach dnia i nocy. Dziwne i niewyjaśnione koszmary. Czy tak się umiera?
Jestem już po przeszczepie i podanie materiału trwało ok. 20 minut. Potem chwilowa temperatura i trochę bezsenna noc. Najgorsze mam już za sobą i podzieliłam się tą wiadomością ze światem dzięki internetowi. Z każdym dniem ma być teraz podobno lepiej i na to liczę. Życie ratuje mi coca-cola, bo dieta jest naprawdę bardzo ścisła.

30. grudnia 2005r.

Każdy dzień tutaj wygląda tak samo. Mam dość oglądania tych samych ścian i rozmów o tym samym. Ćwiczenia z rehabilitantką, oglądanie TV, kroplówki, a przy tym jakieś przypadłości, jak wymioty, czy krwotok z nosa, albo popękana śluzówka w jamie ustnej. Mimo, że wyniki się poprawiają, to znów przyplątała się temperatura. Gdzieś we mnie tli się nadzieja na szybkie wyjście – chciałabym bardzo uściskać moją kochaną córeczkę! Chociaż święta minęły mi spokojnie, ale nie beztrosko, to zatęskniłam za domem, kiedy personel szpitala wraz z wolontariuszami odwiedzili wszystkich pacjentów śpiewając kolędy i wręczając małe papierowe aniołki, kartki z życzeniami i opłatek.

14. stycznia 2006r.

Opuszczam Wrocław po 5 tygodniach. Było bardzo ciężko. Nikomu nie życzę takiego leczenia. Dziś czuję się o wiele mocniejsza i mam mniejszą zadyszkę. Systematycznie gimnastykuję się i jestem zadowolona ze swojej formy. Robert przyjechał, żeby mnie zabrać do domu. Lekarz prowadzący przekazuje niezbyt optymistyczne wiadomości: marker jest nieciekawy i czeka mnie dalsze leczenie chemią. W domu radość z mojego powrotu. Najbardziej cieszy się Emilka. Chociaż mieszkanie opustoszało z różnych przedmiotów (ograniczenie istnienia bakterii), to jestem zadowolona, że nie jestem w obcym miejscu i sama. Sporo schudłam i nie mogę jeszcze jeść wszystkich produktów (obostrzenia żywieniowe po przeszczepie).

28. lutego 2006r.

Wiadomości są fatalne. Tomograf wykazał liczne zmiany przerzutowe w wątrobie o wielkości do 5cm i coś drobnego na płucach. Marker jest wysoki, a drugi marker monitorowany w DCTK jest potężny. Wiadomo, o czym przesądzają takie wiadomości. Robert załamuje się, ale szybko się otrząsa i działa poszukując sposobu na wyjście z impasu. Lekarze z Wrocławia proponują chemię do tętnicy wątrobowej, a to wiąże się z kosztami i oczekiwaniem na termin realizacji leczenia. Właśnie skończyły nam się oszczędności i wszystko staje się trudniejsze. Z pomocą przychodzi rodzina i przyjaciele. Spotykam się z Jolą w Gdyni, a leczenie u niej nie przynosi rezultatów i to mnie martwi. Profesor z Gdańska zaleca chemioterapię, która miała być podana po zeszłorocznej operacji uznając za błąd brak wówczas jej szybkiego podania. Lekarze ze Szczecina podtrzymują decyzję o chemii. Nieoczekiwanie marker znacznie się obniżył. Wczoraj dostałam pierwszą dawkę chemii, nawet nieźle ją znoszę. Oby tak dalej!

10. maja 2006r.

Pod koniec marca dostałam silnych bólów brzucha, wzdęć i zaparć, aż trafiłam na chirurgię z podejrzeniem niedrożności jelit. Miałam być operowana. Mój wielki wydęty brzuch znów mnie do siebie zniechęcił. Zabieg odwlekano i po kilku dniach niedrożność ustąpiła i do razu dostałam chemię. Poczułam się znacznie lepiej. Uciekłam prawie ze stołu operacyjnego. Chociaż co jakiś czas pojawiają się bolesne skurcze jelit, to jakoś one funkcjonują, tylko głośno pracują. Przyzwyczaiłam się już do tego odgłosu. Ważę znowu bardzo mało. Zaskoczył mnie doktor prowadzący z Wrocławia, kiedy zatelefonował i pytał o moje zdrowie. Jakże miło było mi doświadczyć takiej sytuacji.
Moja morfologia ze względu na młody szpik nie potrafi szybko się odbudować po cytostatykach i dlatego pojawiły się opóźnienia w kolejnych cyklach przyjmowania chemii. Tomografia wykazuje częściową remisję zmian o ponad połowę, czyli leczenie przynosi pożądany efekt. Marker też spada i leczenie trzeba kontynuować.

31. sierpnia 2006r.

Leczenie zostało zakończone, a w jego trakcie musiałam wspomagać swoją krew zastrzykami krwiotwórczymi i sterydami. Od czerwca minęły skurcze jelit, ale ciągle głośno pracują. Udało mi się jednak spędzić wspaniałe wakacje, jakich chyba w życiu nie miałam. Ze względu na piękną pogodę już w czerwcu z Emilką organizowałyśmy wypady nad wodę, grille i spotkania na łonie natury. Robert niestety często pracował. W lipcu gościliśmy u siebie Anię z Wrocławia, z którą na nowo poznaliśmy nasze rodzinne miasto. Potem były wczasy nad morzem, ale plażowałam pod parasolem, to i tak dość się opaliłam. W sierpniu pogoda się popsuła, ale to nie przeszkodziło w kilkudniowym wyjeździe nad jezioro z całą rodzinką. Później z Emilką pojechałyśmy odnowić rodzinne więzi, wypoczywając przede wszystkim w wiejskim klimacie. Wakacje intensywne, ale cudowne. Chociaż apetyt mi dopisuje, to ciągle nie mogę przybrać na wadze. To pewnie dzięki moim głośnym i szybko pracującym jelitom.

31. października 2006r.

Wrześniowa tomografia wykazała stabilizację zmian w wątrobie i markerów, ale są podwyższone.
Lekarze w Szczecinie zalecili tylko obserwację i kontrolę. Lekarz z Wrocławia, z którym jestem w stałym kontakcie sugeruje termoablację (lub radiochirurgię). Profesor z Gdańska przekazał wyniki odpowiednim specjalistom chorób wątroby. Hepatolodzy i onkolodzy z Gdańska mają wątpliwości czy zmiany na wątrobie są faktycznie przerzutowe, dlatego zalecili wykonanie biopsji. W Szczecinie celowanej biopsji gruboigłowej nie wykonują. Profesor organizuje to w Gdańsku. Strasznie bałam się tego badania, a okazało się ono bagatelne. Więcej strachu, niż to wszystko warte. Ciekawe, dlaczego tak się obawiałam, skoro przeszłam o wiele bardziej drastyczne momenty w chorobie. Wynik histopatologiczny okazał się zbawienny dla mnie i niespodziewany dla wszystkich. To stłuszczenie wielkokropelkowe. Lekarze jednak z Gdańska zdecydowali, że na wszelki wypadek wykonają termoablację kilku zmian. Mimo wszystko, to wspaniała wiadomość. Wszyscy się cieszą razem ze mną i znów jest nadzieja.

18. listopada 2006r.

Jestem już po termoablacji. Na wątrobie zniszczono 4 zmiany o wielkości ok. 2 cm. Wygląda na to, że mogę być po raz drugi wolna od raka. Wspaniały prezent na urodziny dla Emilki, które ma za 2 dni i dla nas wszystkich: rodziny, przyjaciół i znajomych. Mam nadzieję, że tak już zostanie i nie będę musiała nigdy więcej walczyć o zdrowie i życie. Wstąpiła we mnie nowa siła i wiara w to, że można pokonać raka i to nie tylko jeden raz. Znowu to ja prowadzę i nie pozwalam mu zawładnąć moim ciałem. Postaram się nigdy mu na to nie pozwolić. Ponownie spotykam się z Jolą, u której jest coraz bardziej nieciekawie.

20. stycznia 2007r.

Kontrolna tomografia wg oceny lekarzy z Gdańska wykazała, że wątroba zawiera jakieś zmienione obszary prawdopodobnie stłuszczeniowe, ale nie wykazuje cech aktywności raka. Jednak przypadek lub opatrzność powoduje, że skan tomografii zahacza o dolne pola płuc, na których widać pojedyncze guzki. W styczniu przechodzę kolejne badania diagnostyczne w Szczecinie i wg lekarzy na płucach jest rozsiew choroby nowotworowej. Moja radość trwała bardzo krótko. Robert ponownie próbuje coś zorganizować w temacie doboru leczenia. Lekarz z Wrocławia zaprasza nas na konsultację.

15. marca 2007r.

Kilka tygodni temu odeszła Jola, a jeszcze kilka dni wcześniej z nią rozmawiałam, ale już wtedy strasznie to przeżyłam. Nie byłam chyba wstanie być na jej pogrzebie.
Konsultacja we Wrocławiu powoduje, że udajemy się do Gliwic. Radioterapeuta decyduje o wdrożeniu 10 naświetlań. Nie chciałam się na to godzić, ale rozsądek nakazywał wybranie tej jedynej drogi. W międzyczasie wraca u mnie gorączka, która staje się przewlekła, a ja zaczynam słabnąć. W dodatku uporczywe problemy z jelitami wzdęcia, biegunki itp. Nim zaczęłam radioterapię pokonałam jeszcze dwa razy trasę Szczecin-Gliwice w celu ustalenia planu leczenia i zdążyliśmy poznać osobiście Ewę z Knurowa znaną przez internet i jej męża. Oni pomogli nam w znalezieniu jakiegoś pokoju, bo przy radioterapii nie było hospitalizacji. Proponowali w swoim domku, ale wolałam być sama i nikomu na głowie. Przez 14 kolejnych dni byłam w Knurowie i dojeżdżałam od poniedziałku do piątku na naświetlania całych pól płuc. Spotykałam się z Ewą i odwiedziłam Anię. Na koniec przyjechał Robert i pomimo, że byłam ciągle na różnych antybiotykach, to gorączka nie dawała za wygraną, a jej zanik był najwyżej kilkudniowy. W dniu po zakończeniu radioterapii pojechaliśmy na kilka godzin zobaczyć Kraków, a na drugi dzień była konsultacja we Wrocławiu, miesiąc wytchnienia i badania kontrolne.

08. maja 2007r.

Markery idą w górę, USG pokazuje jakąś 3cm zmianę na pętli jelit i zmiany na wątrobie. Czuję się osłabiona radioterapią oraz przewlekłą gorączką i braniem antybiotyków. W międzyczasie lekarz z Wrocławia przekazuje nam, że tamtejszy Profesor nie godzi się na dalsze leczenie chemioterapią uznając, że i tak ono nic nie da. Jesteśmy załamani, ale lekarz nie może nic sam zrobić, oferuje tylko swoją pomoc w ramach możliwości, gdyby było to potrzebne i radzi jeszcze konsultacje w Szczecinie. Lekarka ze Szczecina wysyła mnie do szpitala onkologicznego na konsultację w sprawie wyboru chemioterapii wierząc, że podadzą mi Taxol w monotorepii. Na szczęście decyzja ordynatora jest pozytywna i rozpoczynam chemię w cotygodniowym podaniu, ale w mniejszych dawkach niż to dostawałam ponad 5 lat temu. Markery nadal idą w górę, nie drastycznie, ale jednak.

30. sierpnia 2007r.

Kontynuuję chemię cotygodniową. Dosyć szybko przestałam gorączkować. Markery znacznie spadły o ponad 70% i są tylko nieznacznie podwyższone. W międzyczasie zakładają mi port podobojczykowo i kontrolne RTG wykazuje, że pola płuc nie wykazują żadnych wcześniej widocznych zmian. Jest to dowód na to, że radioterapia przyniosła pozytywne efekty w połączeniu z chemią i jest nadzieja na jeszcze lepsze efekty. Pojechałam ponownie jak rok temu na dwa tygodnie na wieś i tam wypoczęłam, bo lekarz dał mi chwilowo dłuższą przerwę od leczenia. Nadal jednak mam uciążliwe biegunki i od kilku miesięcy stwierdzony niedobór magnezu i wapnia oraz okresowo potasu. Nie straciłam włosów, ale też przestały rosnąć. Podejmuję nieśmiałe wyzwania zawodowe.

25. listopada 2007r.

Badania kontrolne wykazują dalszy spadek markerów, jeden z nich jest nawet w górnych granicach normy. RTG klatki piersiowej nie wykazuje zmian na płucach. Tomografia jamy brzusznej wykazuje w wątrobie głównie w okolicach loży po termoablacji kilka podejrzanych zmian do 1 cm. Chemioterapia jest kontynuowana. Praca jelit nadal pozostawia wiele do życzenia. Byłam w Gdańsku u Profesora, ale nie ma planów powtórzenia termoablacji. Byłam pierwszy raz na grobie Joli i odwiedziłam jej synów.

15. kwietnia 2008r.

Kolejne badania kontrolne w marcu wykazują wzrost markerów powyżej normy i RTG płuc wskazuje obecność pojedyńczych zmian meta w obu płucach. Tomografia wskazuje stabilizację zmian wątrobie, a w płucach liczne zmiany meta, ale jest ich mniej niż ponad rok temu. Wszystko wcześniej wyglądało tak dobrze zaczęłam się znacznie lepiej czuć nawet na miesiąc ustąpiły w styczniu biegunki i problemy z jelitami, no i przybrałam wtedy kilka kilogramów na wadze. Decyzja o zaprzestaniu chemii jest ostateczna.
W Szczecinie zaczynają rozkładać ręce. Pojawia się niezależny pomysł leczenia, ale jeden lek jest niedostępny w Polsce tzn. nie jest refundowany. Zupełnie obce osoby, ale za to bardzo życzliwe, próbują nam pomóc. Okazuje się, że w Polsce komuś została spora partia tego leku po zmarłej kobiecie – są to przeciwciała monoklonalne i udaje nam się otrzymać je za darmo. Niewiarygodne, że w takiej ilości. To jest jak dar z nieba. Nigdy nie byłoby nas stać na ten lek. Nagle po kilku miesiącach powraca gorączka i znowu antybiotyk. Jest decyzja o rozpoczęciu leczenia, które w moim przypadku jest eksperymentalne…

31. maja 2008r.

Dostaję przeciwciała i lżejszą chemię, ale boję się, jak zareaguje mój organizm. Pierwsze podanie znoszę fatalnie. Gorączka ustępuje. Przy drugim podejściu lekarz decyduje się na podanie przeciwciał z lekami, które dostawałam przy leczeniu dootrzewnowym. Drugie podanie znoszę dużo lepiej. Po badaniu markerów okazuje się, że spadły o 50% i jeden z nich jest najniższy, jak do tej pory w chorobie. Drugi podwyższony, ale tylko nieznacznie. Kontynuujemy leczenie. Od miesiąca ustąpiły wszelkie dolegliwości jelitowe i nie wiem czy to nie zasługa suplementów w postaci kurkumy i imbiru, którymi staram się wspomagać mój walczący organizm.

20. sierpnia 2008r.

Średnio, co dwa tygodnie otrzymywałam leki wraz z przeciwciałami. Robert cały czas interesuje się doniesieniami onkologicznymi i mocno udziela się na forum o tematyce raka jajnika. Udało mu się zdobyć kolejną partię przeciwciał dzięki życzliwości jak on to mówi – Aniołów. To cud, że tacy ludzie są na świecie, którzy bezinteresownie potrafią wspomóc potrzebujących. Zdobycie tego leku za pieniądze
jest poza naszym zasięgiem.
Byliśmy na krótkim urlopie nad morzem. Leczenie znoszę całkiem dobrze najwyżej kilka dni mam troszkę gorszych głównie niesmak i osłabienie. Bawiłam się znakomicie na weselu brata i nie wiem skąd miałam tyle siły i energii. Po drodze codzienność i cały czas staram się realizować zawodowo to pozwala zapominać o chorobie i leczeniu. To wszystko jest powodem mojej formy i bardzo dobrego samopoczucia.

22. października 2008.

Leczenie jest kontynuowane. Markery spadają do granic normy i są najniższe odkąd pamiętam, bo nawet w remisji takie nie były. Tomografia pokazuje w jamie brzusznej brak cech wznowy. Obraz wątroby widocznych zmian prawdopodobnie stłuszczeniowych uległ wyraźnemu zmniejszeniu. W płucach obraz wyraźne pokazał zmniejszenie zmian odpowiadających przerzutom. Czy powinnam się cieszyć? Nie wiem, bo już nie umiem chyba wierzyć, że całkiem mój rak mnie opuści. Kiedy na długo będę miała spokój z leczeniem? Choć znoszę je dość dobrze, to sama świadomość konieczności poddania się wlewom przytłacza mnie zbyt mocno. Chciałabym móc zrezygnować z leczenia. Tylko, czy znów nie wróci gorączka, trudności jelitowe, złe samopoczucie i ogólna słabość? Od kilku miesięcy mnie to nie dotyczy, że aż trudno uwierzyć. Udało nam się odwiedzić przyjaciela w Irlandii i polecieć pierwszy raz samolotem. Zaproszenie czekało od roku i udało się zobaczyć zupełnie inną rzeczywistość oraz piękne krajobrazy. To było kolejne wsparcie i pomoc nie tylko od strony materialnej.

07. grudnia 2008r.

Dostałam 14 podanie przeciwciał i chemii. Nareszcie pojawił się jakiś horyzont! Lekarz chce spróbować odstąpić od chemii i podawać same przeciwciała, co dwa tygodnie. Oczywiście wszystko jest uzależnione od markerów, które są nadal w normie i stabilne. Podoba mi się ta wizja, choć nie znaczy to, że wszystko skończone. Lekarz przyznał ostatnio, że udało się osiągnąć znacznie więcej, niż zakładał. Miał nadzieję na zatrzymanie choroby, a u mnie nie tylko się zatrzymała, ale jeszcze się cofa. To wspaniałe wieści na tym etapie mojej walki. Niewykluczone, że będę musiała przyjąć, co jakiś czas dodatkowo chemię, aby utrzymać stabilizację lub wyniki się pogorszą, ale czym to jest wobec wcześniejszych perspektyw? Mija 7 lat mojej walki. Ja żyję i cieszę się bardzo starając się żyć pełnią życia. Chciałabym się tak czuć bardzo długo. Nadzieja jest w nas ciągle żywa.
Teraz myślę o nadchodzących świętach, m.in., jakie prezenty przygotować najbliższym…

Dodaj komentarz

Call Now Button