"To tak, jakbyśmy znaleźli niezwykle skuteczną technikę ratowania ludzi przed utonięciem, ale po wyciagnięciu człowieka z wody pozostawili go, kaszlącego na wpół uduszonego, własnemu losowi w poczuciu, że zrobiliśmy to, co do nas należało". FITZHUGH MULLAN,

...My robimy więcej

Sylwia

9 stycznia 2013

O Fundacji Urszuli Jaworskiej dowiedziałam się 8 może 9 lat temu. W gazecie znalazłam deklarację i pomyślałam dlaczego nie. Może będę mogła komuś pomóc. Pierwsze badania odbyły się w Katowicach. Potem przez kilka miesięcy zastanawiałam się czy znajdzie się ktoś z kim będę zgodna genetycznie i komu mój szpik będzie potrzebny. Z upływem czasu przestałam o tym myśleć. Bo przecież to prawie niemożliwe. A jednak. Pierwszy raz telefon zadzwonił w styczniu, byliśmy wtedy w górach na nartach. Po powrocie dostałam kartkę, a na niej „Fundacja Urszuli Jaworskiej numer telefonu”.

Z jednej strony domyślałam się o co chodzi, z drugiej nie wierzyłam. Oddzwoniłam. Miły Pan zapytał czy nadal chcę oddać szpik. Oczywiście, że chciałam. Musiałam jeszcze przejść kilka badań. Wyniki miały być po miesiącu. Czekałam znacznie dłużej. Ale w końcu zadzwonił telefon i tym razem usłyszałam głos samej Urszuli Jaworskiej. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z naszej pierwszej rozmowy. Tylko to, że biorcą będzie 10letnie dziecko i że pobranie odbędzie się przez separację komórek. Potem wertowałam internet w poszukiwaniu wiedzy. Stronę Fundacji przeczytałam dwukrotnie. W maju pojechałam do Krakowa na ostatnie przed pobraniem badania. Przyjechała też Ula. Poznałam prof. Skotnickiego i dr Waltera, który powiedział co mnie czeka. Po badaniach Ula zabrała mnie na spotkanie osób po przeszczepach. To było wielkie przeżycie. Niby wiedziałam, że ludzie chorują, że choroba może dopaść w różnym wieku ale spotkać ich tak wielu w jednym miejscu to był niezły szok i pierwsze refleksje. Ula, podziwiam Cię za to, że po tym co sama przeszłaś masz siłę i chęć dobrowolnie bywać w szpitalu, spotykać się z chorymi i pomagać. Zazdroszczę Ci Twojej siły i przebojowości.

Przed pobraniem przez cztery dni jeździłam na zastrzyki z neupogenu. Miały mnie po nich boleć kości, a bolała głowa. Jedną noc spędziłam nawet z głową w zamrażarce. Pomogło.
24 czerwca rano zgłosiłam się do krakowskiej Kliniki Hematologii na pobranie komórek.
Zaraz na początku dowiedziałam się, że mam cienkie żyły. Po założeniu wenflonów separator ruszył, ale zasysało rurki. Trzeba było znaleźć jak najlepszą pozycję położenia fotela. Zaczęło się jeżdżenie w górę i w dół. A kiedy leżałam głową w dół lekarz powiedział, że tak jest dobrze. Ku mojemu zdziwieniu i radości pozostałych pobranie odbyło się w takiej właśnie pozycji. Przez cały czas Ula siedziała obok. Była też Marta (dawczyni sprzed kilku lat). Tego dnia nie udało się pobrać wystarczającej ilości komórek, więc następnego dnia miała być powtórka.

Drugiego dnia znów pojawiły się problemy z żyłami. Ale kiedy pielęgniarka powiedziała, że trzeba będzie założyć wejście centralne żyły wyszły natychmiast. Nie wiem czy było to zagranie psychologiczne czy naprawdę miałam się spotkać z chirurgiem. Najważniejsze, że podziałało i zaczęła się separacja. Po trzech godzinach zobaczyłam pojemnik z komórkami. Nadzieję na życie. Przez te dwa dni przeszłam prawdziwą burzę myśli i emocji. Moje dotychczasowe problemy okazały się błahe. Bo czym one są w porównaniu z ciężką chorobą, bólem i strachem. Oby tej mądrości starczyło mi na dłużej. Dziękuję Bogu, że mogłam to przeżyć, że nie ryzykując niczego mogłam ratować życie człowieka. Dziękuję Uli za troskę, życzliwość i poczucie humoru. Dziękuję doktorowi Walterowi za uśmiech i za to, ze czułam się bezpiecznie. Dziecku, które dostało moje komórki życzę pokonania choroby i powrotu do beztroskiego dzieciństwa, jego rodzicom siły i wiary.

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Netivo