"To tak, jakbyśmy znaleźli niezwykle skuteczną technikę ratowania ludzi przed utonięciem, ale po wyciagnięciu człowieka z wody pozostawili go, kaszlącego na wpół uduszonego, własnemu losowi w poczuciu, że zrobiliśmy to, co do nas należało". FITZHUGH MULLAN,

...My robimy więcej

Blazej

9 stycznia 2013

Witam wszystkich odwiedzających tę stronę. Mam na imię Błażej, jestem 25 dawcą (już samo to, że jestem dawcą jest uczuciem nie do opisania, a jeszcze ta liczba 25 – dostałem ostatnie odznaczenie z pierwszej serii!!!!). No ale zacznę moją historię od początku. Moja przygoda z Fundacją Urszuli Jaworskiej zaczęła się całkiem przypadkowo, gdy miałem 15, może 16 lat. Przeglądając gazetę znalazłem zgłoszenie i po krótkim zastanowieniu postanowiłem je wysłać. Niestety w odpowiedzi Ula napisała że jestem „małolat” 😉 i zaprasza jak będę pełnoletni, no i właśnie dlatego z taką niecierpliwością czekałem na ten dzień… dzień ukończenia 18 roku życia. I wtedy zaczęły się badania mojej krwi. Ucichło to na kilka lat, aż pewnego styczniowego dnia dzwoni do mnie telefon. Jakiś warszawski numer, nie wiedziałem kto to może być. Okazało się że to telefon z Fundacji. Głos ze słuchawki powiedział, że zostałem wytypowany na dawcę, jest biorca który czeka na mój szpik. Padło pytanie czy nadal jestem chętny go oddać. W pierwszej chwili mnie „zamurowało”, zupełnie nie wiedziałem co mam powiedzieć. W głowie kłębiło się tysiące myśli: „ja?? przecież to niemożliwe że może mnie spotkać takie szczęście pomocy drugiemu człowiekowi”. Bez wahania odpowiedziałem TAK! I tak się zaczęło… Ciągłe rozmowy z Ulą przez telefon, przyjmowanie dwa razy dziennie Neupogenu (czynnik wzrostu) i przygotowania do wyjazdu. Miałem być w Warszawie 7 lutego wieczorem, ale Ula ostrzegała że wszystko się może jeszcze zmienić. W dzień wyjazdu ostatni zastrzyk, apo zastrzyku morfologia.

Była godzina 9.00, może troszeczkę później. Telefon od Uli, że mam szybko się zbierać do W-wy, bo na 14.00 musimy być w klinice na Banacha. Pakowanie się w biegu i jazda biegiem na pociąg. Kupiłem bilet, wsiadłem do wagonu i ruszamy… Ujechaliśmy ok. 30km i przyszedł kanar. Siedząc wygodnie podałem bilet i niczego nie podejrzewając czytam dalej gazetę. Nagle kanar prosi mnie na korytarz (o zgrozo… aż wstyd mi się przyznać). Kupiłem bilet na drugą klasę, a siedziałem w pierwszej, i niestety czeka mnie mandacik. Próbowałem tłumaczyć że nie jeżdżę pociągami ponad 15 lat i, że nie wiedziałem, że wsiadam do pierwszej klasy, zaraz się przeniosę i będzie po problemie. Ale kanar się uparł na mandat i musiałem się zgodzić. Ale byłem wściekły… (uważajcie na kontrolera nr 57 na trasie Olsztyn – Warszawa, zero ludzkich odruchów, zwykły służbista). Na Centralnym w Warszawie czekała już na mnie Ula, zaraz wsiedliśmy w samochód i gnamy do kliniki. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, bo separator był jeszcze zajęty, więc pojechaliśmy do fundacji, gdzie miałem okazję poznać pracowników i Prezesa. Wspaniali ludzie, o wielkich sercach. W klinice poznałem kadrę pielęgniarską, pana doktora. Jeszcze w życiu nie spotkałem ludzi, którzy wkładaliby tyle serca w swoją pracę, byliby tak oddani jak oni. Ta praca sprawia im radość i zadowolenie, widać że się spełniają przy tym co robią. Nadszedł mój czas. Usiadłem wygodnie w fotelu i się zaczęło. Najbardziej co mnie w tym wkurzało to cztery godziny bezczynności. Ale satysfakcja ogromna.

Nie będę dokładnie opisywał na czym to wszystko polega, bo trzeba samemu spróbować i wtedy dopiero się wie co czuję ja i inni dawcy. O mały włos nie skończyło się na tym jednym dniu, ale powiedziałem że tak łatwo się mnie nie pozbędą 😉 Po zabiegu jedziemy na kolację do hotelu. Przy kolacji opowieści, ja chcę się czegoś dowiedzieć o Uli, rodzinie, fundacji, dawcach, a Ona o mnie. Bardzo miło spędzony wieczór, do pokoju spać, i rano „powtórka z rozrywki”. Po wszystkim obiadek, oglądanie zdjęć w fundacji, nagród jakie zostały przyznane. Jak ja nie lubię pożegnań. Dobrze, że były to pożegnania szybkie, w samochodzie, przed dworcem, bo aż tak nie bolały. Już w pociągu czułem się rozerwany, chciałem szybko wracać do mojej kochanej Ani, ale też żal było się rozstawać z tak wspaniałymi ludŸmi. Ale to nie koniec naszej znajomości… Będziemy w ciągłym kontakcie. Pozdrawiam wszystkich, którzy mają w to jakiś wkład, myślę że to co robimy jest wspaniałe. Naprawdę nie ma się czego bać, to nic nie boli.

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Netivo